Jak zrobić strefę relaksu w domu, która faktycznie działa
Kiedy myślisz o aranżacji open space, nie zapominaj o wygodzie spania. Goście na noc to częsty scenariusz, a kanapa z funkcją spania musi być naprawdę komfortowa. U mnie sprawdził się model z materacem piankowym 16 cm na stelazu listwowym – to robi ogromną różnicę w porównaniu do cienkich pianek. Materac piankowy dobrze dopasowuje się do ciała, a stelaz listwowy zapewnia wentylację, więc mebel nie pleśnieje. Zwróć uwagę na mechanizm rozkładania – mechanizm DL jest prostszy w obsłudze niż inne, bo wystarczy pociągnąć za uchwyt i siedzisko samo się wysuwa. Unikaj tanich rozwiązań, które szybko się psują – w open space każdy mebel pracuje na dwa etaty.
Przechodząc do detali, nie zapominaj o tekstyliach. Koc z grubej dzianiny, pled z wełny merynosa, kilka poduszek o różnej fakturze. To one tworzą nastrój. Uwielbiam, gdy klientki mówią, że po wejściu do salonu mają ochotę od razu zwinąć się w kłębek. Sekret tkwi w warstwowaniu. Na sofę kładę najpierw bawełniany pled, potem wełniany koc, a na koniec dwie poduszki welurowe. Gdy ktoś siada, może się w to wtulić. Problem pojawia się, gdy tych tekstyliów jest za dużo i zaczynają przeszkadzać w codziennym użytkowaniu. Wtedy warto postawić na kosz pikowany, który pomieści wszystko, gdy sofa służy do przyjęcia gości. Zresztą pościel i tak musi gdzieś być schowana, a strefa relaksu w domu nie może wyglądać jak magazyn.
Tapicerka welurowa to mój mały luksus w open space. Wybrałam fotel w butelkowej zieleni, który stoi w rogu i przyciąga wzrok. Welur jest miękki w dotyku i łatwy w czyszczeniu – wystarczy odkurzacz z miękką szczotką. W otwartej przestrzeni ważne, żeby każdy mebel miał swoją rolę. Ten fotel to nie tylko ozdoba, ale też dodatkowe miejsce do siedzenia, gdy przychodzi więcej gości. Zestawiłam go z małym stolikiem kawowym z półką na książki. Dzięki temu strefa relaksu jest kompletna, a ja nie muszę biegać po całym mieszkaniu po drobiazgi. Pamiętaj, że w open space wszystko musi być na wyciągnięcie ręki, ale też schludnie poukładane.
Oświetlenie w otwartej przestrzeni to temat rzeka, ale najważniejsze to unikać jednej lampy sufitowej, która zalewa wszystko płaskim światłem. Zainwestowałam w trzy źródła: wiszącą lampę nad stołem, kinkiet przy wersalce i małą lampkę podłogową w kącie czytelniczym. Efekt? Wieczorem mogę stworzyć intymny nastrój w części sypialnej, a w strefie jadalnianej mieć jasne światło do kolacji. Największy błąd, jaki widzę u znajomych, to stawianie tylko jednego punktu światła nad stołem - wtedy całe mieszkanie wygląda jak poczekalnia u dentysty. Lepiej rozproszyć światło i bawić się jego temperaturą, od ciepłej żółci po neutralną biel.
Oświetlenie to druga sprawa, którą często bagatelizujemy. Górne światło w salonie działa jak reflektor w gabinecie lekarskim, a nie miejsce relaksu. Zainwestuj w lampę podłogową z regulowanym ramieniem lub kinkiet przy sofie. Najlepiej z ciepłą barwą 2700 kelwinów, która uspokaja układ nerwowy. Ja u siebie postawiłam stojącą lampę z abażurem z tkaniny, która rozprasza światło. Do tego mała lampka na stoliku kawowym, którą zapalam wieczorem zamiast telewizora. Efekt zmienia się diametralnie. Gdy przychodzą znajomi, od razu komentują, że czują się u mnie jak w małym SPA. A przecież to tylko kilka źródeł światła ustawionych na różnych wysokościach. Unikaj zimnych, białych żarówek, które pobudzają i utrudniają wyciszenie.
Małe metraże wymagają sprytnych trików. Jeśli nie masz miejsca na osobny stolik kawowy, wykorzystaj otomanę z blatem lub stolik składany, który chowasz pod ścianą. U jednej z klientek postawiłyśmy na skrzynię, która pełni funkcję siedziska, stolika i schowka na koce. W środku zmieściły się cztery poduszki i dwa pledy. Gdy przychodzą goście, wystarczy zdjąć z niej tacę i postawić napoje. Innym razem poleciłam regał na książki, który jednocześnie jest ławką z miejscem do siedzenia. Dla kogoś, kto uwielbia czytać, to strzał w dziesiątkę. Pamiętaj tylko, żeby nie przesadzić z ilością mebli. Strefa relaksu w domu ma być przestrzenią, a nie składem rzeczy. Zasada jest prosta: im mniej, tym lepiej, ale każdy przedmiot musi mieć konkretną funkcję.
Kiedy pierwszy raz zobaczyłam zdjęcia prowansalskich domów, poczułam, że to jest to. Lawenda, wytarte deski podłogi, len na oknach. Ale jak to przenieść do mieszkania w bloku z 38 metrami kwadratowymi? Okazało się, że trzeba pożegnać się z myśleniem o kopii francuskiej willi. Zamiast tego skupiłam się na fakturach i kolorze. Wybrałam farbę w odcieniu suszonej róży na jedną ścianę, resztę zostawiłam białą. Do tego drewniany stół z pchlego targu i krzesła, które pomalowałam sama. Wnętrza w stylu prowansalskim nie wymagają fortuny, ale cierpliwości. Najważniejsze to nie ulegać pokusie tanich dekoracji z marketu – one zabijają cały urok.